Przetarła czoło i nalała sobie wina.

Mecenas Łęczycki miauczał z pasją; jego ochrypły od alkoholu głos drażnił nieznośnie.

Drucki na dole z powagą dyrygował. Profesor Brunicki, splótłszy ręce na piersiach, śmiał się: jego binokle159 nieco się przekrzywiły, nadając mu tragikomiczny wygląd.

— Mecenasie! — pociągnęła go za rękaw — niechże pan da spokój!

— A bo co?... — oderwał się od parapetu.

— Dosyć! Wydobywa pan z siebie tony lwa, ale dosyć.

— Wspaniała zabawa, pyszna!

— Niech pan mi lepiej przysunie kawę.

Tymczasem orkiestra po burzliwych brawach zagrała jakiegoś foksa160 i Drucki zjawił się na górze.

— Niech pan nie siada — powstrzymała go Alicja. — Idziemy.