— Czyż nie, czyż nie? — nalegał.
— To jest obojętne — powiedziała zimno.
Nagłym ruchem chwycił ją pod rękę.
— Nie zrobi pani tego, nie wolno pani ani wobec mnie, ani wobec siebie.
Ściskał tak mocno jej rękę, że uczuła ból, i powiedziała stanowczo:
— Proszę, niech pan mnie puści.
Opamiętał się.
Na wschodzie niebo szarzało. Dochodzili właśnie do Politechniki.
— Nie będę widywała pana — zaczęła Alicja — kierując się pobudkami wyłącznie egoistycznymi. Powiem panu szczerze... Uwaga! — krzyknęła nagle i odskoczyła na środek ulicy.
Było już jednak za późno. Ciężka żelazna laska spadła na jego głowę. Skulona czarna postać rzuciła mu się z tyłu pod nogi, z przodu otrzymał silne uderzenie pięścią między oczy i nie minęła sekunda, a leżał na chodniku.