— Że też nikt nie nadszedł — powiedziała spokojnie, otrzepując rękawiczki.

Drucki ocierał chusteczką krew.

— Owszem — zaprzeczył — widziałem dwóch przechodniów w wylocie ulicy Śniadeckich, ale widocznie woleli nie wtrącać się do nieswoich spraw. Torebki pani nie zrabowali?

— Nie.

— Chodźmy zatem.

Szli w milczeniu. Alicja sama nie była tchórzem. Toteż jeżeli jej tak bardzo ten Winkler zaimponował, to nie odwagą, lecz swą niesłychaną przytomnością umysłu, no i zręcznością. Jego mózg, zmysły i mięśnie znajdować się musiały od lat w zażyłej współpracy, działały tak sprawnie i tak błyskawicznie.

— Nie uważa pani — przerwał jej rozmyślania — że należałoby jednak dać znać policji?

— Oczywiście. Zatelefonuję z domu. W tej dzielnicy dotychczas podobne napady nie zdarzały się.

— Myślę, że się nie powtórzą.

— Czy pan przypuszcza, że specjalnie chodziło o napad na pana?