— Skądże — zaśmiał się. — Z nikim nie mam tu żadnych porachunków, a większych sum przy sobie nie noszę. Poza tym, gdyby ci biedacy wiedzieli, z kim będą mieli do czynienia — błysnął ku niej oczyma — przypuszczam, że dobraliby sobie jeszcze ze dwóch, trzech towarzyszy.
— Tak — powiedziała — ładnie pan to zrobił. Tu mieszkam... Wejdzie pan do mnie na górę, przemyję panu ranę.
— Dobrze.
Poprawił kołnierz.
— Widzi pani — uśmiechnął się, gdy minęli zaspanego stróża — wbrew wszystkiemu przecież będę u pani.
— Proszę zachowywać się cicho — odpowiedziała, wpuszczając go do przedpokoju. — Niech pan zdejmie futro.
Zapaliła światło i spostrzegła bladość jego twarzy.
— Co panu? — przestraszyła się.
— Nie, nic. Tylko... może pani pomogłaby mi zdjąć... coś w karku. Trudno mi lewą rękę...
— Zaraz.