Ostrożnie ściągnęła zeń futro. Całe wewnątrz zalane było krwią. Nad lewym ramieniem nóż przebił frak i tędy się sączyła.
Trzeba było zdjąć frak, kołnierzyk, kamizelkę i koszulę. Przeprowadziła go do łazienki, pomogła się rozebrać, przyniosła bandaż i jodynę.
Rana nie sięgała, na szczęście, zbyt głęboko, lecz była szeroka i bolesna.
O wiele bardziej niepokoiła się o tę nad skronią. Tu skóra była starta od uderzenia na przestrzeni kilku centymetrów, lecz mogła być uszkodzona i czaszka.
— Tu boli? — pytała, naciskając okolice rany końcami palców. — A tu?... a tu?
— Nie, nie boli. Trochę mi szumi we łbie, ale głowę mam twardą.
— Obandażuję panu głowę.
— Nie. Dziękuję. Krew nie idzie to i dobrze.
— Może kieliszek koniaku?
— Dziękuję pani. Proszę mi tylko pozwolić chwilę posiedzieć.