— A cóż ja mogę zrobić?... — rozpaczliwie rozłożył ręce.

Drucki wstał.

— Powiesić się, panie drogi, powiesić się. Ja bym się na pańskim miejscu powiesił.

Był tak wzburzony, że wytłukłby tego cymbała tu zaraz na miejscu.

Wpakował ręce w kieszenie i nie pożegnawszy się, poszedł na górę.

Przy Brunickim siedziała Kazia i mizdrzyła się do profesora na potęgę. Biedny Karol wyglądał bardzo tym strapiony. To wprawiło Druckiego w taką wesołość, że od razu zapomniał o Czuchnowskim.

— A, przepraszam — cofnął się, udając dyskrecję — zdaje mi się, że państwu przeszkadzam?

— Nie, nie — zawołał skwapliwie profesor — bynajmniej, chodźże tu!

— Może jednak?... — certował się Drucki.

— No chodźże! — prosił Brunicki tym razem, jakby wołał: „Ratunku!”.