Przez most Poniatowskiego przeleciał jak strzała, nie zwracając uwagi na groźną miną posterunkowego, i w ciągu minuty był za miastem.

Strzałka na zegarze szybkości przesunęła się na setkę, sto dziesięć, sto dwadzieścia... trzydzieści...

Na szczęście szosa była dobra i prawie pusta.

Pęd powietrza zapierał mu oddech i wprost oślepiał. Obraz mijanych drzew, zabudowań, ludzi, zlewał się w niewyraźną mgłę.

„Tak wyrżnąć się teraz o jakiś mur — myślał — sekunda i po wszystkim!”

Nagle na dość łagodnym zakręcie ujrzał o kilkanaście metrów przed sobą stado krów.

Nie zmniejszył szybkości.

W lewo biegła wąska i nierówna droga polna. Skręcił.

Wóz w podskokach wpadł na wyboje.

„Diabli wezmą maszynę” — przemknęło mu przez głowę.