Gdyby nie ściskał w obu dłoniach kierownicy, wyleciałby w górę jak piłka.

„A niech wezmą!”

Droga szła między wznoszącymi się po obu stronach zagonami, zwijała się w bezsensowne pętle i zbiegała do małej, szeroko rozlanej i na oko niegłębokiej rzeczułki, za którą dość stromo wznosiła się na pagórek.

Woda ze świstem wzbiła się dwiema szerokimi fontannami spod kół auta.

— Hoee! — krzyknął z całej piersi Drucki, nie słysząc własnego głosu.

Na szczęście dno było równe i, choć mokry do ostatniej nitki, przejechał bród.

Z pagórka dojrzał małą wioskę, do której właśnie prowadziła droga i z furią zakręcił wprost na zorane pole.

Była to piekielna huśtawka, lecz prawie tego nie czuł. Pędził wprost przed siebie na drewniany płot. Tuż przed nim pochylił głowę i jeszcze dał gazu.

Deski musiały być niegrube i niezbyt mocne, gdyż ani na sekundę nie zatrzymały auta. Krótki trzask, brzęk rozbitego szkła reflektorów, zgrzyt po blasze maski i wóz wypadł na szosę.

Drucki zamknął gaz i nacisnął hamulce.