— Ani z policji, ani z magistratu. Ot, mam za dużo pieniędzy i chcę panience pomóc, bo i mnie ludzie pomagali.
Przełknął ślinę i pomyślał, że przecież nie skłamał. Czyż jemu ludzie inaczej pomagali? Może z wyjątkiem Załkinda...
Dziewczyna spojrzała mu w oczy, a on opuścił powieki.
— Chodźmy.
Bez słowa szła obok niego.
— Niech panienka odda mi tę buteleczkę.
Spojrzała nań podejrzliwie i stanęła.
— Co ja pana obchodzę? — zapytała.
— A co by panienka zrobiła, gdyby zobaczyła, jak jakieś dziecko wkłada rękę do ognia.
— No tak, ale ja nie jestem dzieckiem.