— Jesteś, mała, jesteś.
Znowu szli w milczeniu.
— Dokąd pan mnie prowadzi?
— Dokąd? Ano najpierw musimy oblać naszą znajomość i szczęśliwe zakończenie niemądrych zamiarów.
— Ja tam nie piję — otuliła się w chustkę dziewczyna.
— Ja też nie — zaśmiał się Drucki — ale tak, raz jeden, na poprawienie humoru. O, wejdźmy tu.
Nie opierała się.
Była to mała knajpka, taka, jakich pełno na Woli. Kaflowa posadzka, wysypana trocinami, niskie okna, zaciągnięte żółtym perkalem180, czerwony szynkwas181 i kilka stolików na żelaznych nogach. Za szynkwasem stał gruby baryłkowaty mężczyzna z wielką szramą na policzku i z zakręconymi po wilhelmowsku182 czarnymi wąsami, lśniącymi od fiksatuaru183.
— Szanowanie — burknął takim tonem, jakby był śmiertelnie obrażony.
— Serwus184, panie starszy185 — skinął mu głową Drucki, nie zdejmując kapelusza — zakrapiana wiśniówką i jaką byczą zagrychę.