— Co tam mnie, ja się nie liczę... Przepadłam...

— Zdrowie nasze kawalerskie — uderzył w jej kieliszek Drucki.

Po półgodzinie humor jej poprawił się. Oddała buteleczkę z esencją octową, zaczęła opowiadać o sobie. Była córką motorniczego z tramwajów, mieszkała na Pelcowiźnie187 z rodzicami, a pracowała w sklepie modniarskim na Ogrodowej, zarabiając trzy złote dziennie. Tak ją los pokierował, bo miała być nauczycielką. Skończyła szkołę powszechną i chcieli ją oddać do gimnazjum. Ale przyplątał się drań bez sumienia i zawrócił jej głowę. Głupia była i tyle. Teraz za to odpokutuje. A on żeni się z córką kelnera, z taką dziobatą Jadzią, co to psy na nią wyją, bo i ruda do tego.

— A on?

— Ma się rozumieć, ślusarz, u Lilpopa188 pracuje. Może pan słyszał: Walendziak Józef, taki brunet.

— A może zjedlibyśmy co gorącego? — zachęcał Drucki.

— Dobrze. Tylko pieniędzy szkoda.

— Dużo mam, nie szkoda.

Wyjął stuzłotówkę i położył na stole.

— Panie starszy, a może co na gorąco?