— Nie potrafię nie przyjść.
— Więc wyniosę się gdzie indziej i nie zostawię adresu.
— Widzisz, jakiś ty niedobry!
Drucki zdjął ją z kolan.
— Luba, musisz to zrozumieć. Jestem mężczyzną i palnąłbym raczej sobie w łeb, niż mógłbym zostać twym kochankiem. Mam jedno słowo honoru! Gdybym je złamał, gdybym twemu mężowi tak się odpłacił za jego przyjaźń i pomoc, uważałbym siebie za łajdaka. Dlatego też błagam cię, byś mnie zrozumiała. Nie potrafię żyć, mając dla siebie pogardę.
— O, ty jesteś bardzo szlachetny!
— Nie o to chodzi — zirytował się — inaczej patrzę na szlachetność i moralność niż inni. Mam rację, czy oni ją mają, to druga sprawa. Dość, że oświadczam ci kategorycznie: jeżeli jeszcze raz przyjdziesz do mnie, zmusisz mnie do wyjazdu. Pojadę do Ameryki, czy do ciężkiego diabła, i nie zobaczymy się więcej. Daję ci na to słowo.
Zrozumiała, że dotrzyma groźby, i rozpłakała się.
— Strasznie głupie jest życie, strasznie...
— No, nie płacz, Luba, to też nie jest mądre.