— Moje uszanowanie panu.

Dyrektor, który przyszedł oczywiście z zamiarem wymówienia Druckiemu gościny, wyszedł z niczym.

Na dworze był dopiero zmierzch, gdy Drucki zjawił się w garażu.

Tu przeciwnie, powitano go z radością, a szofer zarządzający garażem odprowadził go na stronę.

— Proszę pana, był taki agent z urzędu śledczego i kazał mi telefonować doń, jeżeli tylko pan poleci wyszykować wóz do dalszej drogi. Takie szpicle, cholera! — zakończył z oburzeniem, zaprawionym odrobiną podziwu.

— Dziękuję panu — potrząsnął ręką Drucki — w żadną dalszą podróż nie wybieram się. A teraz daj mi pan wóz. Przewietrzę się trochę po tej ciupie.

— Z pana to morowy człowiek — zaśmiał się szofer — tak tu mówilim ze sobą, że panu i wszyscy diabli nie daliby rady.

Gdy wóz zniknął za bramą, szofer zwrócił się do pomocnika i wskazując głową w kierunku odjeżdżającego auta, powiedział:

— Złoty gość. Już ja niejednego widziałem, na ludziach znam się, a ten to i swój chłopak, można powiedzieć, co to nie nawali i pan z panów całą gębą. No, co stoisz jak malowany? Zamykaj!

Rozdział 12