Ze wzruszenia drżały jej usta, a oczy jarzyły się radością.

— Nareszcie, nareszcie... Boże drogi — szeptała, kurczowo ściskając jego dłonie — a to wszystko przeze mnie przez moją głupotę. Ty mi do śmierci tego nie darujesz....

— Czego głuptasku, czego? — śmiał się, tuląc ją do piersi.

— No tego, że ja włożyłam tę przeklętą paczkę do biurka, ale ja naprawdę nie myślałam...

— Uspokójże się, niemądrasku, najmniejszego żalu do ciebie nie mam. Tyle samo jesteś winna co i ja. Ale nie smuć się, bo już minęło. No, nosek do góry i daj pyszczka... Tylko po co robisz wydatki na kwiaty? — pogroził jej palcem.

— Na kwiaty? — zdziwiła się.

Ruchem głowy wskazał biurko.

— To nie ja — potrząsnęła głową.

— Nie ty?

Zbladła i powiedziała: