Z sali dochodziły dźwięki orkiestry i gwar głosów. W korytarzu coraz częściej rozlegało się przytłumione dywanem dudnienie szybkich kroków. To kelnerzy, kursujący między kuchnią a dancingiem.
Przyszedł kasjer Justek.
— Dziś nieźle, panie dyrektorze. Połowa lóż zajęta i prawie wszystkie stoliki.
— No, muszę się pokazać — zdecydował się Drucki — urządzę im dziś kocią muzykę.
Jednak szedł, ociągając się. Niezbyt to miło świecić czołem, gdy się jest tak usmarowanym, choć i niewinnie.
Przechodząc obok pokoju „artystów”, ujrzał Kazię.
— Jak się masz, mała? — zawołał wesoło. — Po co wyrzucasz pieniądze na kwiaty? No, ale dziękuję ci. Cóż się tak na mnie gapisz?
Rzeczywiście patrzała nań rozszerzonymi oczyma, jakby z przestrachem.
— No? — pogładził ją po policzku.
— Dyrektorze — wyszeptała — ja mam panu coś ważnego do powiedzenia.