— Ważnego? O, słucham?
— Nie, nie tu. Na osobności. Ja przyjdę do gabinetu po moim występie. Tylko w cztery oczy.
— Dobrze.
Znikła za drzwiami.
Już zza kontuaru amerykańskiego baru ogarnął wzrokiem salę. Nie brakowało stałych bywalców. Właśnie orkiestra kończyła bostona i pary tańczących rozchodziły się do stolików.
Jego zjawienie się na sali wywołało chwilę ciszy. Nagle ktoś głośno krzyknął:
— O! Patrzcie, Winkler! Serwus, dyrektorze! Serwus!
— Wiwat! — wrzasnął ktoś z kąta.
Z drugiego rozległy się oklaski. Zrazu samotne pociągnęły jednak za sobą inne, brawa przeszły w huk, napełniający salę. Pojedyncze okrzyki zmieniły się w ogólny hałas.
Niektórzy mężczyźni powstawali i otoczyli Druckiego zwartym kołem. Pytania, zapewnienia, szczere uściski dłoni, a z dala uśmiechnięte zalotne oczy kobiet.