— No, więc dobrze. Przyjdź za pół godziny. Wyprawię pannę Tecię do domu.
Nie zastanawiał się nad tym dłużej. Podpisał przygotowane listy i zwolnił Tecię:
— Do widzenia, mała. Idź do domu.
— Mnie się nie śpieszy — spuściła oczy.
— Będę tu miał różne rozmowy, a roboty już nie ma. Do widzenia i niech ci się aniołki przyśnią. Zobaczymy się dopiero jutro.
Ostatnie dwa słowa wypowiedział z naciskiem. Nie chciał, by przychodziła teraz do hotelu. Na pewno i on, a może i ona są teraz śledzeni.
Przysiadł na parapecie okna, przeglądając rachunki, i czekał. W kilka minut po wyjściu Teci w drzwiach ukazała się Kazia.
— No, chodź tu i gadaj. Co się stało?
Stanęła przed nim milcząca z szeroko otwartymi oczyma, z których wyglądał strach.
— Cóż u diabła, oniemiałaś, moja mała?