Druckiemu twarz ściągnęła się, a na czole wystąpiły zmarszczki.

— Więc to ty sprzedawałaś tutaj morfinę?

— Ja, ja... Ja przeklęta, ja zgubiona...

— Opowiadaj — rzucił rozkazująco.

Zaczęła opowiadać cichym, znękanym głosem. Już dawno poznała niejakiego Cierżawskiego, takiego machera199 od wyścigów i od innych rzeczy i on ją namówił. On przynosił jej do domu morfinę i on sam brał z góry pieniądze od odbiorców, a jej zadaniem było tylko wręczanie im słoików. Przychodzili tu, a ona wręczała. Cierżawski płacił jej po pięć, dziesięć złotych od słoika, a sam, łajdak, brał od nabywców po dwadzieścia złotych za gram. I to jeszcze oszukiwał ich, bo z każdego pięćdziesięciogramowego słoika odsypywał po trochu. Sama to widziała, bo on to robił u niej w mieszkaniu. A odbiorcy nawet tego nie zauważyli, bo zawsze byli zdenerwowani i zadowoleni, że otrzymują.

— Bo wiadomo, wybulą takiemu oczajduszy tysiąc złotych, a czy to starczy, to i nie wiadomo. Pan dyrektor nie ma pojęcia, co to za numer ten Cierżawski.

— Znam go. Mów dalej.

— On i polityką zajmuje się, mówi, że ma stosunki i że mu nikt nic nie zrobi. Ale zobaczymy! Otóż niektórzy goście byli tak zadowoleni, że jeszcze ten i ów wsunął mi do torebki jeden, dwa papierki. Nie mogłam się skarżyć. Najwięcej dawali stali odbiorcy. Ale jak ja zobaczyłam, że ta świętoszka całkiem pana opętała, to diabeł jakiś we mnie wlazł. Myślę, co mi po tych pieniądzach, a ją tak zapakuję, że jej prędko pan nie zobaczy. A ot... tymczasem...

Odwróciła się doń plecami i zapłakała.

— Dalej! — krzyknął brutalnie.