— Ano — ciągnęła, łkając — złe mnie podkusiło. Poprosiłam takiego jednego, żeby mi napisał donos do prokuratora.... I posłałam. A wieczorem, jak ta Tecia wyszła za potrzebą, wpadłam tu i wsunęłam paczkę za jej torebkę.
— Och, ty idiotko! — wzruszył ramionami Drucki.
— Żebym przypuszczała, że ta cholera znajdzie paczkę i wsunie panu do biurka!... Ale ja myślałam, że policja prędzej przyjdzie, i żeby pośpieszyli, to ta świętoszka nie zdążyłaby. Akurat złapaliby ją...
— Jak mogłaś! Jak mogłaś?!
— Potem głową w ścianę tłukłam, tą moją głupią głową. Ale co miałam robić? Jeszcze myślałam sobie, że pana wypuszczą, a ją zatrzymają... Ale tak wszystko nagle spadło i ten s...n Cierżawski jeszcze do mnie się czepia, że taki majątek — powiada — zaprzepaściłam, dziesięć tysięcy złotych, a ja mu figę pod nos, bo mówię, że rewizja przyszła i co, miałam sama dać się złapać?
— No i cóż teraz będzie? — zapytał ponuro Drucki.
Wyjęła z torebki grubą kopertę i pokazała Druckiemu. Niezbyt wprawną ręką wypisany był na niej adres: „Do Wielmożnego Sądu Okręgowego w Warszawie”.
— Co to jest?
— Ano opisałam tu całą prawdę, co i jak. Wszystko po porządku. Że nikt nie winien, tylko ja i Cierżawski. Wszystko opisałam.
Rzucił list na biurko i zaczął chodzić po pokoju z rękoma w kieszeniach.