Dziewczyna klęczała skulona na ziemi z głową ukrytą między ramionami, a szloch wstrząsnął tym bezradnym kłębkiem ciała.

Drucki stał i milczał.

Wyjął papierosa i zapalił, nie śpiesząc się, rozerwał kopertę i rozwinął duży arkusz papieru.

Pod śmiesznym, naiwnym nagłówkiem: „Wielmożny Sądzie Okręgowy” zaczynało się: „O śmierć moją proszę nikogo nie winić. Odbieram sobie...”.

Nie czytał dalej. Złożył arkusz i szarpnął. Przez pół i jeszcze raz przez pół, i jeszcze raz.

Posypały się na dywan małe skrawki papieru. Jedne padały tuż przy jego nogach, inne odlatywały dalej.

Strzepnął ręce, zgasił papierosa, pochylił się nad Kazią, wziął ją za ramiona, bez wysiłku uniósł i posadził na stole. Trzęsła się jak w febrze200, twarz miała mokrą od łez.

— I cóż ty sobie myślałaś, smarkata — zaczął drwiąco — że takie szczenię jak ty ma jechać na tamten świat, bo takiemu słoniowi jak ja ktoś czymś grozi? Patrzcie no! Ofiarę mi tu robi! Poświęcenie!...

Roześmiał się, a ona wciąż płakała, spoglądając nań od czasu do czasu załzawionymi oczyma.

Tłumaczył, strofował, żartował, gniewał się, wymyślał, groził, upokarzał, aż przestała szlochać i uspokoiła się.