Chciała go znowu pocałować w rękę, lecz ofuknął ją:
— Dajże spokój, głupia. Jeszcze nie jestem biskupem.
Cmoknął ją w policzek i mocno poklepawszy po plecach, wypuścił na korytarz.
— Słuchaj, chłopcze, i uważaj: pójdziesz do tego łysego i powiesz, że panna Kazia nie może do niego wyjść, ale że czeka na niego...
— W garderobie — pojętnie zakończył chłopak.
— Nie w garderobie, a tu, w gabinecie. Powiedz, że jest sama i czeka, żeby koniecznie przyszedł. Rozumiesz?
Czekał długo. Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Cierżyński, wysoki, tęgi, prawie czterdziestoletni drab z łysą czaszką i z grubym fałdzistym karkiem. Zrobił ruch, jakby się chciał cofnąć, lecz opanowawszy się, zawołał z uśmiechem na błyszczącej, obleśnej twarzy:
— A, kogo widzę, kochany pan dyrektor Winkler.
— Cieszę się, że pana widzę, panie Cierżawski.
— Ja właściwie nie do kochanego dyrektora, ale chłopiec mi tu wskazał. Skoro jednak...