— Dlaczego? — mówił. — Przecież mam prawo zapytać się, dlaczego?
Alicja opuściła głowę i wyszeptała:
— Bo kocham... Ja pana kocham...
Objął ją ramieniem i mocno przytulił do siebie.
Nie broniła się, a gdy jego usta przywarły do jej ust, zarzuciła ręce na szyję.
Jakże wielkie jest szczęście, które pozwala zapomnieć o tym, że co dzień tysiące pospolitych, naiwnych kobiet tak samo zarzuca ręce na szyję tysiącom mężczyzn, które pozwala zapomnieć, że w tych ramionach tyle już tuliło się innych...
Pragnęła go, pragnęła wbrew samej sobie, wbrew zapomnianym teraz przysięgom... Wbrew wszystkiemu, na czym zbudowała swoje życie.
— Nareszcie... nareszcie...
Ogarnął ją i prawie niósł przez otwarte drzwi na szeroką, pokrytą dywanem tachtę. Krew szybkimi falami, falami coraz gwałtowniejszymi nabiegała do mózgu.
Oto miał ją wreszcie, płonącą jak żagiew, powolną, bezsilną, wspaniałą...