Drucki zapalił papierosa. Teraz dopiero uprzytomnił sobie, że od kilku godzin nie miał papierosa w ustach.

Nie należał do natur refleksyjnych. Wprost brzydził się szperania w tym, co minęło. Powieści, w których bohaterzy zagłębiali się w labirynty samoanalizy, doprowadzały go do wściekłości. Jeżeli myślał o „wczoraj”, to tylko i wyłącznie w związku z przewidywaniami na „jutro”. Fakt raz dokonany stawał się dlań pozycją istotną, z którą się należy liczyć bez względu na jego dodatnie czy ujemne strony. Mózg po prostu notował, wciągał do rejestru rzeczywistości i wyprowadzał wnioski na przyszłość. Na tym zamykała się funkcja mózgu.

Oczywiście w zupełnej niezależności od tego procesu racjonalnego, rozwijał się proces emocjonalny. To znaczy: Drucki był wesoły, był zły, był smutny czy wściekły. Był i tyle. Dlaczego? Nigdy się nad tym nie zastanawiał.

Teraz jednak zauważył dziwne zaburzenia w swych myślach i w stanie psychicznym. Zjawiały się jakieś niedorzeczne pytania: Co się właściwie stało? Po co się stało? Jakie są tajemnice przeznaczenia? I czy cieszyć się wypada, czy martwić, czy rozpaczać, czy wyć z radości?...

„Do stu diabłów, co mi jest?” — zacisnął pięści.

I odpowiedział sobie pytaniem: „A może to właśnie jest miłość?...”

W każdym razie był nie w swoim sosie i czuł się z tym nieznośnie, póki taksówka nie zatrzymała się przed „Argentyną”.

— Panie drogi — zapytał szofera, czekając na resztę — cobyś pan zrobił, gdybyś nie mógł wymiarkować, czy panu dobrze, czy źle?

Szofer, młody chłopak o pociągłej twarzy, zerknął nań spod oka i powiedział z przyjaznym uśmiechem:

— Ano, zrobiłbym to samo, co i pan.