— To znaczy?...

— Ano, poszedłbym do knajpy.

— Masz, bracie, rację.

Publiczności jeszcze nie było i służba mogła zrobić swemu szefowi owację. Znowu zebrali się w westybulu i po krótkim przemówieniu Justka, wśród ogłuszających wiwatów zaczęli podrzucać Druckiego do góry. Cieszyli się naprawdę z pomyślnego zakończenia sprawy, a ponieważ ten i ów napomknął coś o „oblaniu”, Drucki oświadczył, że po rozejściu się gości stawia im bibę.

Tecia, która nie brała udziału w ogólnej owacji, spotkała go w gabinecie najradośniejszym z uśmiechów.

— No, mała — zawołał — wszystko w porządku!

— Jaka jestem szczęśliwa! — złożyła ręce jak do modlitwy.

Oczekiwała, że Drucki jak zwykle przygarnie ją i pocałuje, lecz zawiodła się. Wprawdzie zrobił taki ruch, jakby zamierzał ją objąć, ale schował zaraz ręce w kieszenie i lekko zmarszczył brwi.

— Daj mi, mała, koniak — powiedział — i każ przynieść z kuchni coś na przekąskę.

— Coś gorącego? — zapytała zdziwiona, gdyż Drucki nigdy tu nic nie jadał.