— To Luba zmartwi się, ale trudno, życzę zdrowia kapitanowi.

Drucki położył słuchawkę i znowu wypił kieliszek koniaku.

Tecia chciała go prosić, by nie pił, skoro go głowa boli, chciała zapytać, czy rzeczywiście wychodzi, czy weźmie ją ze sobą, lecz miał minę tak nieprzystępną, że nie odezwała się ani słowem.

„Co mu jest? — myślała. — Co mu jest?...”

Był już mocno podchmielony, a kazał sobie podać butelkę szampana i butelkę porteru207. Mieszał pół na pół i wypił wszystko.

O dwunastej wezwał Justka, wydał mu dyspozycje ogólne, a w szczególności dotyczące biby, którą obiecał personelowi, kiwnął głową Teci i wyszedł.

W hotelu polecił portierowi dostarczenie do numeru jeszcze butelki szampana, otworzył okna i chwiejnym krokiem chodził po pokoju, popijając musujący płyn i wsłuchując się w monotonny szum deszczu.

Gdy w butelce nie zostało ani kropli, rozebrał się i zasnął kamiennym snem.

Obudził się wcześnie. Pokój zalany był słońcem i pełen świeżego, ożywczego powietrza.

Zerwał się z łóżka rześki i wesoły. Goląc się gwizdał bez przerwy, dzięki czemu omal się nie zaciął brzytwą, wziął chłodną kąpiel, ubrał się.