„Nie — zaprzeczył samemu sobie — to nie to, co tamte... Tu jest coś całkiem innego”.

Zabrał się do roboty.

Znalazł ogłoszenie biura pośredniczącego w wynajmie mieszkań, rozmówił się telefonicznie, kazał podać swój wóz i zajechał przed biuro, zabrał agenta, który miał mu pokazać kilka mieszkań do wynajęcia.

— Powiem panu krótko, o co mi chodzi — zaczął, ruszywszy z miejsca w stronę Belwederu. — Muszę mieć dwa, ewentualnie trzy pokoje z łazienką...

— I z kuchnią.

— Nie. Kuchnia jest mi niepotrzebna.

— Rozumiem, garsoniera210, pied-à-terre211...

— Nic pan nie rozumiesz. Będę tam mieszkał. Słuchajże pan, do diaska: mieszkanie musi być przyzwoicie umeblowane, wygodne, słoneczne w ładnym i dużym domu.

— Czy całe urządzenie będzie szanownemu panu potrzebne?

— O, tak. Jestem Amerykaninem. U nas wynająć można mieszkanie w ten sposób, że wprowadzając się, trzeba mieć jedynie własną szczoteczkę do zębów.