— Życzę sobie — uśmiechnął się do niej i miał wielką ochotę pogładzić ją po głowie, lecz powstrzymał się pytaniem: po co? Pytaniem, którego dotychczas nigdy sobie nie zadawał w podobnych sytuacjach, a możliwość którego zdziwiła go teraz i zaniepokoiła.

Jak to „po co”? — no, miła i niebrzydka dziewczyna, to chyba wystarcza?... Zawsze wystarczało.

Chodził po pokojach, przestawiając to i owo, rozkładając bibeloty i przyglądając się całości.

„No, tak — myślał — wszystko tkwi w jednym. Jaki diabeł kazałby mi dawniej zajmować się tymi bzdurami?”

Właśnie przyniesiono kwiaty i Drucki przyglądał się delikatnym rękom Franki, wydobywającym je z pudeł. Przypomniał sobie, że nie widział jeszcze kuchni, no i... tej małej, Zośki.

Kuchnia lśniła czystością, a Zośka — jędrna, zdrowa dziewucha, boso i w zakasanej perkalikowej spódniczce — uwijała się przy półkach z naczyniami.

Ta była podobna do matki jak dwie krople wody. Nie miała jeszcze szesnastu lat, a już była rozrośnięta i dojrzała. W jej ruchach, w rozwarciu piwnych, prawie okrągłych oczu i małych, mięsistych ust, w swobodzie uśmiechu, w linii każdego gestu była ta sama żyzność, płodność i obfitość życia.

Nie można było tego nazwać kokieterią, nawet nie zalotnością, a przecież od chwili, gdy wszedł tu i gdy go powitała śmiałym skinięciem głowy i prostym „dzień dobry”, odczuł jakby magnetyczny prąd, którym go pociągnęła.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że dzieje się to poza jej świadomością i postanowił przy najbliższym widzeniu się z doktorem Kunoki zapytać, czym należy tłumaczyć istnienie tych fluidów. Czy jest to niezależny od nas poryw zamkniętej w nas siły natury, dążącej do wiecznej reprodukcji życia, czy tylko... autosugestia niepoprawnego kobieciarza?

— W mig będzie gotowe — wyszczerzyła doń równe, białe zęby dziewczyna i rozejrzawszy się, wzięła się pod boki. — Aż się świeci!