Podała mu małą rękę, opiętą w czarną rękawiczkę, i bezgłośnie poruszyła wargami.

Brunicki podsunął jej fotel i nie przestawał mówić:

— Właśnie opowiadałem przyjacielowi o tym rzadkim wypadku czasowego porażenia nerwu pod wpływem przeżycia psychicznego. Pan Winkler jeszcze mnie utwierdził w przekonaniu, że ten uraz minie. Mianowicie przypomniał sobie, że podczas pobytu w Chicago poznał jednego inżyniera górnika, który miał podobny wypadek, spowodowany wiadomością o wybuchu kopalni, której był dyrektorem. Również utracił głos, lecz że był posłusznym pacjentem — uśmiechnął się Brunicki — więc zastosował się do wskazówek lekarzy, no i po trzech tygodniach głos odzyskał. A wie pani, jaką mu przepisano kurację?

Panna Łęska przecząco potrząsnęła głową.

— Wcale miłą, proszę pani — ciągnął profesor. — Mianowicie polecono mu używać jak najwięcej rozrywek. Wycieczki, zabawy, tańce, wesołe towarzystwo. Minęło wszystko bez śladu, bez najmniejszego śladu.

Uśmiechnęła się blado i wydobywszy z torebki notes i ołówek, napisała:

„Bardzo ładna bajeczka”.

— No, słuchaj, powiedz pani, że to nie bajeczka.

— Upewniam panią — odezwał się Drucki niepewnie.

„Pański przyjaciel nie ma talentu do kłamstw dydaktycznych” — napisała.