Pojechali z powrotem przez miasto, potem przez most na Wiśle i Grochów.

Drucki spuścił okna i powiedział:

— Nie lubię zamkniętych aut. Człowiek traci największą satysfakcję jazdy: pęd powietrza przestaje jakby brać udział w szybkości. Prawda, proszę pani?

Skinęła głową.

— Kiedyś miałem przyjaciela, prawdopodobnie obiło się pani o uszy jego nazwisko. Nazywał się Mac Woold i przez kilka lat uważany był za „najszybszego człowieka Stanów Zjednoczonych”. Otóż kilka razy miałem przyjemność z nim jeździć podczas treningu na specjalnym smoku wyścigowym, który wyciągał do czterystu kilometrów na godzinę. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek przeżył równie niezwykłe emocje.

„Obawę też?” — napisała na kartce.

— Nie. A raczej, owszem, tylko nie strach o życie, a strach o swoje zmysły. Przy takiej szybkości wzrok i słuch przestają działać, a przy tym ma się uczucie zapadania w głąb. Nie jest to zbyt przyjemne, zwłaszcza, że po pięciu minutach takiej jazdy człowiek przez pół godziny jest półprzytomny. Mam teraz niezły wózek sportowy, na którym zrobić można sto dwadzieścia do stu czterdziestu na godzinę. Jeżeli pani zechce, możemy choćby jutro wypróbować. Za Raszynem jest kilkanaście kilometrów wybornej szosy.

Napisała, że dobrze, ale teraz już chce wracać do domu: Miodowa 18.

— Wydaje mi się — powiedział, żegnając się z nią przed bramą — że Karol grubo przecenił atrakcyjność mego towarzystwa.

Uśmiechnęła się i zaprzeczyła ruchem głowy.