— Stój! — złapał ją za rękaw. — Co to ma znaczyć?!

— Niech mnie pan puści — próbowała szamotać się.

— Co to? Krew? — zawołał, uczuwszy pod palcami lepką ciecz.

— Niech mnie pan puści — błagała.

— Nie, aniołku, pójdziesz ze mną.

Pomimo jej oporu zaprowadził ją przed reflektory auta. Była to młoda, skromnie ubrana panienka. Na ramieniu miała rozdarty szeroki żakiet, skąd obficie sączyła się krew.

Domyślił się od razu, że musiał zawadzić ją błotnikiem.

— Niech pan mi pozwoli odejść — dygotała na całym ciele.

— Mamy czas, moja pani. Przede wszystkim trzeba zatamować krew.

Bez ceremonii zdjął z niej żakiet i bluzkę. Tę ostatnią porozrywał na pasy i silnie obwiązał rękę.