— Bardzo boli? — zapytał.
Milczała, patrząc w ziemię. Stała przed nim bezradnie i jej obnażone ręce drżały jak w febrze.
Ponieważ żakiecik był cały pokryty krwią i kurzem, zarzucił jej na ramiona własną marynarkę, gdyż wieczór był dość zimny. Nie broniła się, gdy posadził ją na stopniu auta, i posłusznie wypiła łyk koniaku.
— No, a teraz pogadamy — usiadł obok niej. — Po co pani chciała zrobić to głupstwo?
— To nie było głupstwo — odpowiedziała szeptem.
— No, chyba nie było też najmądrzejszą rzeczą?... Zawracanie głowy, proszę pani! Nie myślę tu pani robić wykładów o moralności, gdyż nie znam się na tej pięknej i pożytecznej instytucji. Ale trzeba mieć sporo wody w główce, żeby samobójstwo uważać w jakimkolwiek wypadku, w jakiejkolwiek sytuacji, za rozsądne załatwienie sprawy.
Na jej twarzy pojawił się bolesny uśmiech.
— Tak, tak, moja pani. Nie trzeba uśmiechać się z politowaniem, bo to jest wcale groteskowa zarozumiałość. Cóż pani, do stu diabłów, zdaje się, że jest mądrzejsza od wszystkich ludzi na świecie, że warunki, w jakich się pani znalazła, są całkiem wyjątkowe i nikomu się nigdy nie zdarzyły? Moja mała, gdybym pani opowiedział historię mego życia, na pewno orzekłaby pani, że powinienem był ze dwadzieścia razy popełnić samobójstwo. A jednak żyję i, do stu piorunów, czuję się świetnie.
— Pan jest mężczyzną — powiedziała cicho.
— Co to za różnica? — nie zrozumiał.