Zrobiła się nagle bardzo poważna i przyglądała mu się w milczeniu.
— No, co się gapisz, mała? — śmiał się. — Wyjmij z szafy czarne ubranie i idź spać.
Spełniła jego polecenie, lecz zatrzymała się w drzwiach.
— Proszę pana — zapytała jakimś tajemniczym głosem — a może by lepiej zaraz zaprać?
— A to się da?
— Póki świeże, to się da. I śladu nie będzie... Czy tylko ojciec nie widział?
Odwrócił się do niej. Stała z marynarką w ręku, a skupiona tajemniczość w twarzy była niezwykle zabawna.
— Bo co ty myślisz, Zośka, że ja kogoś zamordowałem?
Nie poruszyła nawet ustami, lecz było oczywiste, że nie wątpiła w to.
— Nie obawiaj się! Wszyscy żywi i zdrowi. A marynarkę uprać można choćby za parę dni.