Przetarł czoło i wolnym krokiem zawrócił.

Przed nim leżało nieruchome, codzienne, rytmem ustalonych godzin pulsujące — miasto.

Omal nie potknął się o chudego wyrostka, tkwiącego na skraju peronu. Stał z rękoma w kieszeniach wyłatanych spodni, spod nasuniętej na czoło czapki patrzały czarne oczy wzdłuż torów, roztapiających się we mgle.

„Nostalgia” — uśmiechnął się smutno Drucki i zatrzymał się.

— Co, przyjacielu — zapytał — chciałoby się w świat?

Chłopiec obrzucił go roztargnionym spojrzeniem, podciągnął porcięta i splunął cienką strugą śliny daleko...

Drucki zaśmiał się. Poczuł nieprzepartą chęć dopomożenia temu wyrostkowi o chudych, opalonych policzkach do spełnienia jego marzeń.

— Słuchaj, przyjacielu, a gdybyś miał forsę, dokąd byś pojechał?

— Odczep się pan, co panu do tego?

— Głupiś, bracie, weź!