Julka, czując, że blednie, odwróciła się i zaczęła pomagać służącej przy stole.

Pan Janek mówił coś o Therlingach i ich ryzykownej wyprawie. Julka nie słyszała jego słów. Minęło dobrych kilka minut, zanim zdołała uspokoić się. Przy śniadaniu omawiali projekt zwiedzenia portu gdyńskiego267.

— Odłóżmy to na jutro — oświadczyła Alicja — jeżeli dziś jest taka duża fala.

Po śniadaniu zrobili prawie trzykilometrową przechadzkę. Drucki, wypytywany przez Alicję, objaśniał zasady konstrukcji doków pływających i łodzi podwodnych. Julka szła obok, a gdy umilkł, powiedziała:

— Nigdy bym się nie odważyła podróżować w łodzi podwodnej.

— Próbowałem tego raz — zaśmiał się Drucki — i na powtórzenie nie mam najmniejszej ochoty.

— Tam jest duszno, prawda?

— Nie, to nie to. Po prostu człowiek czuje się uwięziony, nie jest panem swojej woli. Zresztą, jeżeli chodzi o mój wypadek, pod koniec było duszno.

— Zabrakło tlenu? — pytała Julka.

— Owszem. Mieliśmy wówczas drugiego oficera cierpiącego na katar. A kto chce bezpiecznie wprowadzić łódź do portu w Bahia268, płynąc trzydzieści pięć stóp269 pod powierzchnią, temu wprawdzie wolno mieć katar, ale kichać nie wolno.