— Nie wrzeszcz, bo gardło cię będzie bolało! Zaraz Władek przyjdzie do ciebie. Ja muszę zajrzeć do kuchni.

W małej kuchence krzątała się stara Józefowa, mrucząc swoje wieczne pacierze. Alicja nie zapytała o nic, wiedziała bowiem, że Józefowa i tak nic nie odpowie, póki danej modlitwy nie skończy. Pogodziła się od dawna z tym zwyczajem staruszki i sama zajrzała do garnków.

Zupa pomidorowa była już w porządku, ale sztufada49 musiała się jeszcze poddusić, licząc na oko, z pół godzinki. Kompot stygł na oknie, a stojące obok talerze z resztką rosołu i kośćmi kury świadczyły, że Julka już jest po obiedzie.

Alicja weszła do swego pokoju, poprawiła włosy przed lustrem, lekko przypudrowała nos i poszła do Julki.

Czuchnowski siedział przy niej na łóżku i liczył puls. Julka wyciągnęła wolną rękę i żeby doktorowi nie przeszkodzić, posłała Alicji milczącego buziaka. Wyglądała znacznie lepiej niż rano. Oczy jej błyszczały i miała zarumienione policzki.

„Jakaż ona śliczna” — pomyślała Alicja, przyglądając się jej promieniejącej twarzyczce półdziecka, półkobiety.

— Hm... — odezwał się Czuchnowski — panienka nocami nie śpi, a później jest pogorszenie.

— Ależ ja czuję się świetnie! — zaoponowała Julka.

— No, jeszcze zobaczymy, co nam termometr o tym powie. Tylko, panno Julko, proszę trzymać dobrze.

— Smakował ci obiad? — zapytała Alicja.