Z przegryzionej wargi sączyła się krew, której mdły i ostry smak otrzeźwił Alicję.

— Spokoju! spokoju!...

Usiadła i podparłszy głowę rękoma, myślała:

„Przede wszystkim trzeba mieć diagnozę sytuacji. Jak daleko zaszedł romans Julki z Druckim? Czy oddała mu się? Czy jeszcze nie?... Och, zapłaci mi za to ta żmija!... To bydlątko! Zapłaci!”

Mijały godziny na ważeniu szans takiej czy innej prawdy. Gdy schodziła na kolację, była już zupełnie zrównoważona, spokojna i uśmiechnięta.

Wiedziała, że trzeba czekać nowej kartki Druckiego do Julki, a wtedy dopiero powziąć ostateczną decyzję.

Lecz minęły dwa dni, a kartka nie nadchodziła, natomiast trzeciego dnia przyniesiono depeszę adresowaną do Alicji. Drucki zawiadamiał, że przyjechać nie może. Nazajutrz też pani Czerwieńska otrzymała telegraficznie przekaz pieniężny i prośbę o spakowanie i wysłanie jego rzeczy do Warszawy.

Alicja nie powiedziała Julce o otrzymaniu wiadomości, a tylko oświadczyła jej krótko przy obiedzie:

— Dziś wieczorem jadę do Warszawy.

— Jak to „jadę”? — drżącym głosem zapytała Julka. — Więc mnie tu zostawiasz?