— Dobrze. Rano! Im wcześniej, tym lepiej.

— A pan... pan... dziś nie pojedzie na wieś do tej pani?...

— Za żadne skarby — zaśmiał się.

— To dobrze. Do widzenia.

Odprowadziła go roziskrzonym spojrzeniem.

Drucki zatrzasnął drzwiczki auta i zerknąwszy ku swoim oknom, zobaczył wychylającą się zza firanki Zośkę. Powiał ku niej ręką i ruszył dobrym gazem.

Na Dębowej otworzył mu furtkę mrukliwy brodacz i oświadczył, że profesor jeszcze nie wrócił z kolei.

— Skąd?

— No, z dworca. Przecie syna odprowadza.

— Syna? — stanął jak wryty Drucki.