Julka wzywała go do natychmiastowego przyjazdu na Hel. Żadnych powodów nie podawała, lecz nie wątpił, że musiały być ważne.

— Psiakrew — zaklął — cóż się tam mogło stać? Muszę jechać.

Z niechęcią myślał o tym. Gdyby pod depeszą była podpisana Alicja, bez namysłu wysłałby depeszę odmowną. Nie może, i koniec. Jednak Julka?... To musi coś znaczyć.

— Pan jedzie? — zapytała zmartwiona Zośka.

— Nie da rady, trzeba — rzucił depeszę na tachtę i wstał.

— Ale pan prędko powróci?

— Prędko, mała, jak najprędzej.

Zadzwonił do garażu, by przygotowano auto, do Załkinda z oznajmieniem, że znowu musi wyjechać, i z prośbą, by przeprosił Lubę za niedotrzymanie obietnicy odwiedzenia jej jutro w Konstancinie.

W trzy kwadranse później Zośka, wychylając się przez okno, widziała, jak auto Druckiego znikało na zakręcie.

Nie zdążyła jeszcze zabrać się do sprzątania, gdy w przedpokoju rozległ się dzwonek. Otworzyła drzwi. Na progu stała ta sama piękna pani, która dawniej tu tak często bywała, tylko teraz była opalona na brąz i widocznie wracała z pociągu, bo w ręku trzymała walizkę.