Teraz dopiero zauważyła, że mówiła głośno.

— Nic do pana nie mówiłam — rzuciła prawie ze złością i pomyślała: „Opanować się, opanować się za wszelką cenę”.

Bała się, bała się dopuścić do swej świadomości myśl, że oto traci Druckiego, że wymyka się jej z rąk szczęście, szczęście, którego nie odda za żadne skarby, którego nie może oddać, bo jej życie straciłoby sens i wartość.

— O, Boh, Boh, jak ja cię kocham, jak ja cię kocham...

— Dwa złote, czterdzieści groszy — powiedział szofer, zatrzymując auto.

— Co? — zapytała nieprzytomnie.

— Dwa czterdzieści.

— Aha, proszę.

Zataczała się, wchodząc na schody.

— Czekaj, żmijo, czekaj!