„Jeżeli ma u siebie Julkę czy inna kobietę, na pewno mnie nie wpuści i tylko narażę się na ośmieszenie w jego oczach, a kto wie, czy nie na ponowne zerwanie... Nie, to na nic”.

Zmieniła dyspozycję. Kazała szoferowi stanąć o dwa domy dalej po drugiej stronie ulicy. Stąd doskonale widziała bramę domu Druckiego i musiała zauważyć każdego, kto by stamtąd wychodził. Szofer, który widocznie domyślił się celu tego postoju, z półuśmiechem obserwował ulicę, od czasu do czasu zerkając na swoją pasażerkę.

Alicja czuła śmieszność własnej sytuacji, lecz za żadną cenę nie opuściłaby zajmowanej pozycji.

Po upływie czterdziestu minut wyszli.

Nie omyliła ją intuicja. Bohdan w jasnym garniturze i uczepiona do jego ramienia Julka... Żmija, żmija...

„Wypędzę ją z domu jak psa — pomyślała, zaciskając palce aż do bólu — jak psa!...”

Wysiadła i poszła pieszo do domu.

Nie uczuwała żalu do Druckiego. Cała jej nienawiść i pragnienie zemsty skierowały się ku Julce. Oczywiście, Julka narzuca mu się ze swoją miłością... Żmija...

Natychmiast po przyjściu do domu Alicja zatelefonowała do nauczycielskiego biura. Niestety, posada nie była jeszcze do objęcia. Najwcześniej za miesiąc ma się uwolnić.

„Co począć, co począć?” — gorączkowo myślała Alicja, chodząc po pokoju.