Znikła w głębi sąsiedniego, ciemnego pokoju.

Julka rozejrzała się: znajdowała się w dość obszernej kuchni. Płyta zastawiona była okopconymi garnkami, stół nakryty starą zieloną ceratą, kilka taboretów z niemalowanego drzewa i żelazne, koślawe łóżko w kącie, oto wszystko, na czym zatrzymywało się oko w tej dawno niemytej i dawno niebielonej330 izbie, przepełnionej gęstym, ciężkim powietrzem, w którym mieszał się odór stęchlizny z wonią fermentujących resztek strawy i z ostrym zapachem karbolu.

Okno o prawie nieprzezroczystych szybach wychodziło na ślepy mur sąsiedniej kamienicy. Na parapecie stało kilkadziesiąt butelek po wódce i leżały brudne, pokrwawione szmaty.

W sąsiednim ciemnym pokoju, oddzielonym płachtą z jaskrawego zielonego perkalu, panowała zupełna cisza. Mieszkanie jednak musiało mieć jeszcze dalszą izbę i stamtąd dochodził przytłumiony odgłos, jakby sprzeczki. Niski głos męski odzywał się na zmianę ze skrzeczącym sopranem331, lecz Julka nie mogła rozróżnić poszczególnych słów.

„Tam pewno leży pan Janek — myślała — a to głos lekarza i tej baby”.

Nagle w ciemnej alkowie332 rozległ się przejmujący jęk kobiecy i wołanie:

— A bodajby cię, stara wiedźmo, skonam, jak amen w pacierzu, od tych boleści... Pewno mnie tam wszystkie wnętrzności pociachałaś... Oj... oj... ojej...

W tej chwili dalsze drzwi otworzyły się z hałasem i do alkowy wpadła właścicielka mieszkania.

— Cicho, do ciężkiej cholery! — wrzasnęła. — Co mordę rozpuszczasz! Za twoje parszywe trzydzieści złotych mam ci może jeszcze na harmonii walca wygrywać!?

— Kiedy boli...