— Sza, panienko, czego się panienka ciska!

— Ratunku, ratunku, rat... — zaczęła krzyczeć, lecz w tej chwili uczuła mocny chwyt na karku i brutalny ucisk na szyi.

To baba w ten sposób przywoływała ją do zachowania spokoju.

— Nie wyć mi tutaj — zasyczała tuż nad uchem Julki — bo tak zamaluję, że facjata333 spuchnie. No, marsz!

Pomagając sobie kuksańcami, przepchnęła dziewczynę przez ciemną alkowę i kopnąwszy nogą niskie drzwiczki, potrąciła ją naprzód.

— A siedzieć tu cicho — pogroziła pięścią — bo jak wrócę, to no!...

Drzwiczki zamknęły się z trzaskiem, zakończonym zgrzytnięciem zasuwy, i Julka znalazła się sama. Nasłuchiwała chwilę. Obejrzała się.

Mały pokoik miał tylko miniaturowe okienko, prawie pod sufitem, lecz zamiast szyb wprawione w nie były grube, nieprzezroczyste tafle szklane. W kącie stała kozetka obciągnięta poszarpaną ceratą, a obok, na podłodze, blaszany kubeł, od którego cuchnęło, i mały dzbanek z wodą.

Julka teraz już wiedziała, że wpadła w ręce handlarzy żywym towarem. W jednej chwili przypomniała sobie wstrząsające opisy porywania młodych dziewcząt, jakie znała z książek, z gazet. Porywają je przemocą lub podstępem, tak jak teraz ją, biją, by zmusić do uległości, a później gwałcą...

Uprzytomniła sobie obecność tuż w kuchni tego łysego opryszka o wstrętnej, ohydnej twarzy i wzdrygnęła się...