Julka skoczyła do drzwi, jak szalona przebiegła alkowę i dopadła zbawczych, jak sądziła, drzwi, prowadzących na schody.
Te jednak były zamknięte na klucz, i to widocznie z zewnątrz, gdyż przez dziurkę od klucza wpadała smuga światła ze schodów, a napastnik, który powoli przyszedł tu za Julką, nie tylko nie zdradzał niepokoju, lecz śmiał się po cichu. Natomiast, gdy skoczyła do okna, chcąc wołać o ratunek, złapał ją wpół.
— Sza, cholero, widzisz ją, jaka mądra. Jazda! No! Nie rzucaj się, bo tak cię zamaluję, że czorta z rogami zobaczysz.
— Precz ode mnie, precz! — wołała zdyszana z wysiłku. — Proszę mnie nie dotykać!
Wepchnął ją do ostatniego pokoiku i sam zasapany, zaśmiał się.
— Ja ci tu zaraz pokażę niedotykanie, ty ździro, tak cię... że ci się przyśni. No, kładź się, psia mać, już, w trymiga!
Julka w rozpaczy, drżąc na całym ciele, porwała dzbanek z wodą; tak trząsł się w jej ręku, że woda pluskała dokoła. Będzie bronić się do ostatniego tchu przed tym łotrem, musi obronić się...
— Postaw to! — ryknął napastnik i ruszył ku niej.
— Ratunku, ratunku!... — krzyknęła i jednocześnie z całej siły uderzyła go dzbankiem w pochyloną łysinę.
Nagle w drzwiach ujrzała kobietę w krótkiej koszuli, spod której widać było grube czerwone nogi, szła ku nim, a jej twarz miała jakiś niesamowity wyraz bólu i złości. W tejże chwili napastnik odskoczył w bok i coś mignęło w powietrzu, a kobieta zachwiała się i omal nie upadła.