Właśnie weszła i rzuciła na kanapkę rudy, zniszczony koc.

— Niech się panienka nie boi — powiedziała uspokajająco — już tu panienki nikt nie ruszy, a zaraz przyniosę kolację.

Istotnie, przyniosła kawał chleba posmarowany topionym smalcem i kubek mętnej herbaty.

— Proszę zjeść i kłaść się spać, a nie zapomnieć zgasić światło. Dobranoc.

Wyszła i zamknęła drzwi na zasuwę. Julka oczywiście nie tknęła jedzenia. Pociągnąwszy pod siebie nogi, nieruchomo siedziała w kącie kozetki, wpatrzona w ciszę, przerywaną tylko chrapliwym oddechem chorej w sąsiedniej alkowie.

Tysiące myśli przesuwało się jej przez głowę. Doskonale zdawała sobie sprawę z beznadziejności swego położenia, wiedziała, że nic jej stąd wybawić nie zdoła, a jednak wszystko wydało się jej jakieś nierealne, jakieś urojone, własnowolnie wyobrażone, nieprawdopodobne, pomimo tego, że czuła pod ręką zimny dotyk ceraty, a wprost przed jej oczyma dogasała naftowa lampka...

Na szczęście, gdy ostatni raz pyknęło w niebieską resztkę płomyka, na dworze zaczął się już świt i przez grube tafle ślepego okienka zaczęło sączyć się światło.

Julka, jak tylko mogła najciszej, wstała i wyprostowała zdrętwiałe mięśnie. Ostrożnie dotknęła klamki, lecz drzwi były wciąż zamknięte.

„Mój Boże — pomyślała — gdyby pan Janek wpadł na mój ślad, przecież sam opowiadał, jak w Tonkinie336 odnalazł uprowadzonego przez Annamitów337 kasjera z Hanoi338... A tu przecież nie dziki kraj, lecz środek Europy... Na pewno już jej szukają... O, czemuż nie zostawiła w domu kartki z tym adresem, byłaby już wolna, a ci zbrodniarze znaleźliby się w więzieniu...”

W mieszkaniu tymczasem zaczął się ruch. Widocznie obudziła się chora, bo zaczęła stękać. Wkrótce odsunął się rygiel i weszła gospodyni.