Zburczała dość łagodnie Julkę za to, że nic nie jadła, i przyniosła kubek gorącej kawy, której Julka również nie tknęła.
Znowu została sama. Godziny wlokły się tak wolno, że raz po raz nakręcała zegarek, myśląc, że się zatrzymuje. O pierwszej baba zjawia się z miską zupy, lecz Julka oświadczyła, że nie jest głodna, spróbowała natomiast namówić tę straszną kobietę, by ją wypuściła, a dostanie dużo pieniędzy, więcej niż jej mogą zapłacić handlarze żywymi towarem.
Stara tylko wzruszyła ramionami i wyszła.
Pod wieczór Julka zaczęła odczuwać dotkliwy głód i pragnienie. Toteż o godzinie ósmej, gdy gospodyni przyniosła wielki kubek herbaty i suchą tym razem kromkę chleba, nie mogła powstrzymać się od skosztowania jednego i drugiego. Chleb był smaczny, a herbata, chociaż miała jakiś nieprzyjemny zapach, przypominający roztarte liście łopianu, i smak gorzkawy, jednak zaspokoiła pragnienie.
Nie minęło wiele czasu, kiedy Julka poczuła nie senność, lecz jakieś dziwne uczucie zmęczenia. Jednocześnie zauważyła, że w pokoiku jest bardzo duszno. Z coraz większym trudem łapała oddech, ręce i nogi stały się nieznośnie zimne, serce biło niemal głośno, urywanym, nierównym rytmem... Po czole ściekały krople potu. Chciała podnieść rękę, by obetrzeć pot, i ręce były bezwładne...
„Aha — pomyślała — jestem otruta, w herbacie musiała być trucizna...”
Spostrzeżenie to zrobiła z takim spokojem i obojętnością, jakby nie o nią chodziło, lecz o kogoś obcego. Tymczasem przykre uczucie duszenia się ustępowało, natomiast w uszach zaczął się szum, jakby wielkich fal wody czy lasu... Tak szumiał las wokół ich polanki w Tucholskiej Puszczy... W odgłos ten wplatał się teraz jakiś odległy dźwięk. Otworzyła oczy i ujrzała mętny i rozpływający się kształt kobiecej postaci z migotliwym światełkiem w ręku. Mówiono coś do niej, lecz nie mogła odróżnić słów, a przy tym było to dla niej najzupełniej obojętne.
Nie straciła przytomności, tylko owładnęła ją pogodna, błoga apatia339. Wciąż rozumiała, że została otruta i że umiera, a śmierć wcale nie jest straszna, przeciwnie, przyjemna... Wszystko wydaje się małe i nic nieznaczące, zamglone, stuszowane i obojętne. I czas przestał istnieć. Wszystkie jej myśli, odczucia, wrażenia, wspomnienia, wszystkie dawne i najdawniejsze obrazy znalazły się w jednoczesnej obecności, spłaszczone, wgniecione jedne w drugie, lecz barwne i interesujące...
Do pokoju musiało wejść kilka osób, niewyraźny gwar głosów dobiegł jej uszu, ktoś wziął jej rękę w przegubie, miły dotyk tej dłoni trwał długo... Potem, a może jednocześnie uniesiono jej bezwładne ciało i owijano w coś szorstkiego... Pewno kładą do trumny, więc już nie żyje... A jednak czuje każdy dotyk i każdy sprawia jej taką przyjemność...
Teraz niesiono ją bardzo wysoko w górę, czy też bardzo głęboko w dół, ułożono na miękkich poduszkach, wstrząsanych czymś łagodnie... „Karawan — przemknęło jej przez myśl — wiozą mnie na Powązki340...” Próbowała otworzyć oczy, lecz powieki stały się nieprawdopodobnie ciężkie.