I znowu wzięto ją na ręce, tak miło i ostrożnie... Rozbierano ją, wyraźnie czuła, jak odpinano pasek od podwiązek, jak ściągano pończochy... I nagle otoczyło ją takie przemiłe ciepło i usłyszała bardzo odległy plusk wody... Ach tak, myto ją... na skórze uczuwała dotyk szybko poruszających się rąk, a w nozdrzach zapach mydła...
Ułożono ją znowu w czymś gładkim i miękkim, otworzono jakimś twardym przedmiotem usta i wlano cierpki płyn o ostrym zapachu... Czuła, jak gorącą smugą spływał jej do żołądka, lecz jakby po wierzchu, po skórze, i straciła przytomność.
Rozdział 25
Borys Załkind niespokojnym krokiem chodził wzdłuż kamienicy przy alei Szucha i niecierpliwie spoglądał na zegarek.
Umówił się z kapitanem, że jeżeli ten do godziny dziewiątej nie wróci, będzie to oznaczać, że nie udało mu się wydobyć kontraktu od Fajersonów, że albo nic nie przedsięwziął i sprawa jest beznadziejna, albo, co tym bardziej nie daj Boże, te łajdaki zastrzeliły go gdzie po cichu. Oczywiście, po cichu, bo gdyby się rozniosło, agent Załkinda w Białowieży już by telegrafował.
Było już dziesięć po dziesiątej, gdy Załkind powziął postanowienie:
„Zaczekam jeszcze dwadzieścia minut, a jak nie przyjedzie, dzwonię do Luby, żeby mi pakowała walizę i zdążę jeszcze na pociąg”.
W tej właśnie chwili usłyszał za plecami sygnał samochodu i zobaczył oczekiwanego Foulda, z którego wysiadł kapitan.
— Chwała Bogu! — zawołał, mocno potrząsając jego ręką. — Nareszcie. Nic kapitanowi nie zrobili?
— Czekaj, Jack, daj odsapnąć — zaśmiał się Drucki — i chyba nie będziemy, tu na ulicy gadać. Chodźmy.