Weszli do mieszkania i gospodarz, zrzuciwszy marynarkę, poszedł umyć ręce. Po chwili wrócił, niosąc butelkę szkockiej whisky i dwie szklanki.

— No, przyjacielu — powiedział nie bez przechwałki w głosie — możemy oblać pański kontrakt.

Załkind zbladł z wrażenia i wyciągnął drżącą rękę.

— Jest?... Jest?... — powtarzał zdławionym głosem.

Drucki wybuchnął śmiechem i zawołał, nalewając żółty płyn do szklanek:

— Jak ci nie wstyd, Jack, trzęsiesz się niczym stara baba w galarecie! Czy to tak wygląda Black Jackie z Chicago?

— Milion, kapitanie, milion! — krzyknął Załkind, podnosząc patetycznie ręce nad głową.

— No to cóż z tego? Dalibóg, skundliłeś się, stary. A kiedyś, niech mnie piorun strzeli, byłeś gangsterem, z tych, co to na pieprz nie potrzebują dmuchać. No, w twoje ręce!

Wypili. Drucki niedbale sięgnął po marynarkę, nie śpiesząc się, wydobył z niej grubą szarą kopertę i podał ją Załkindowi.

Przerywając sobie łykami whisky, zaczął opowiadać. Sprawa nadspodziewanie poszła łatwo. Teścia Fajersonów nie było w domu. Gdyby nie to, szkoda byłoby gadać. Ci trzej i ich kuzyn to zielonodzioby. Od razu uwierzyli. A jak już miał dokument w ręku, no to kaput341. Na szczęście nie mieli rewolwerów przy sobie, tylko ten parszywy kuzyn, ale udało się kopnąć go w rękę i maszynkę wyłuskać. Rzucili się wszyscy czworo, nie zważały bestie na mój brauning342, istne wariaty...