— Nie, nie, niech pan mnie obroni! — szeptała drżącym głosem.

— Więc rzecz załatwiona. Może mi pani ufać. Nikt nie ośmieli się zmuszać ją do powrotu.

Doktor Kunoki widział, że jest bezsilny. Mógł wprawdzie wezwać pomocy służby i nawet obezwładnić tego młokosa, ale pociągnęłoby to za sobą wiele komplikacji, przede wszystkim konieczność zamknięcia również i Piotra aż do powrotu profesora. Toteż wolał wybrać drogę pertraktacji. Piotr od razu zgodził się na propozycję, by pani pozostała w hallu pod jego opieką, lecz by nie mogła wyjść z willi póty, póki doktor nie wróci i nie rozmówi się z Piotrem i z nią. Teraz musiał koniecznie zostawić ich samych, gdyż wymagała tego operacja jednej pacjentki. Klnąc w duchu własną nieostrożność niezamknięcia drugich drzwi, wyszedł, zamykając je teraz ze zdwojoną uwagą.

Piotr stał nieruchomo, patrząc za odchodzącym, gdy poczuł na ręku gorące krople łez i dotyk drżących ust. Gwałtownie wyrwał dłoń i zawołał:

— Co pani robi?! Jak można?!... No, po cóż pani płacze?! Już wszystko dobrze. Proszę usiąść tu i uspokoić się!

— Nie mogę, nie mogę — szlochała — pan dla mnie taki dobry, nikt nie był dla mnie taki, pan taki szlachetny!...

Usadowił ją na kanapie i zająwszy miejsce obok, zaczął tłumaczyć, że nie jest ani szlachetny, tylko taki, jakim byłby w takiej sytuacji każdy mężczyzna. Pomału uspokajała się i zaczęła mówić, że on przecie nawet nie wie, kogo uratował, czy ona zasługuje na to, że wołała go, gdyż jego głos, a i on sam jest zupełnie podobny do jednego starszego już pana, najlepszego i najcudowniejszego człowieka na świecie, że ona jest strasznie nieszczęśliwa, bo nie ma na całej ziemi nikogo bliskiego, że zwabiono ją podstępnie do okropnej nory, i dalej chaotycznie, lecz szczegółowo, opowiedziała mu wszystko, co ją spotkało, aż do chwili odzyskania wolności.

Młody człowiek słuchał ze zmarszczonym czołem i z zaciśniętymi szczękami. Opalona skóra jego twarzy stawała się coraz bardziej blada, na skroniach wystąpiły żyły. Jakże teraz bajecznie podobny był do pana Janka!... Mówiła dalej, a gdy umilkła, jej obrońca wstał i powiedział:

— Proszę pani, daję pani na to słowo honoru, że do stu diabłów, potrafię jej zapewnić zupełne bezpieczeństwo, a z tymi, którzy działali na pani szkodę, jak i z tymi łajdakami z ulicy Pańskiej zrobię należyty rachunek.

Był tak wzruszony i wzburzony, że głos mu drżał.