Gdy w kwadrans potem wrócił Kunoki, zastał go jeszcze bardziej nieprzejednanym. Na próżno wziął go na stronę i obszernie tłumaczył sytuację, na próżno przekonywał. Piotr oświadczył, że wszystko to go nie interesuje i do żadnych spraw ojca czy doktora mieszać się nie zamierza, ale tej panny nie opuści i wara od niej. Kunoki musiał użyć całego swego sprytu dyplomatycznego, by Julka, a wówczas i Piotr, zgodzili się na czasowe pozostanie jej w domu profesora, już nie w klinice, lecz tu, w pokoju profesora.

Całe poobiedzie Piotr spędzał z Julką. Musiała mu jeszcze raz szczegółowo opisać przebieg wypadków, których tak szczęśliwym finałem było ich spotkanie. Z własnego impulsu, gdy zaczęło się zmierzchać, opowiedziała mu cało swe dzieje, opowiedziała o Alicji, która ją znienawidziła i chciała wysłać daleko na kresy, o panu Winklerze, do którego jednego jedynego miała całkowite zaufanie, bo to na świecie jedyny szlachetny człowiek, a pan Piotr teraz jest drugi, o swoich podejrzeniach, o niedorzecznych, oczywiście, podejrzeniach, że może to Alicja współdziałała w podstępnym zwabieniu...

Piotr przyznał Julce, że podejrzenie takie mogło się zrodzić jedynie pod wpływem zdenerwowania i że to, oczywiście, jest nonsens od początku do końca. Jeżeli jednak Julka nie kocha już swojej niedobrej kuzynki i nie chce do niej wracać, to może zamieszkać tu albo gdzie tylko sobie życzy, a profesor musi jej znaleźć dobra posadę, naturalnie, jeżeli ona chce pracować, a zresztą teraz najlepiej o niczym nie myśleć, póki nie wróci do równowagi po tych okropnych przejściach...

Wieczorem Piotr sam przyniósł Julce kolację, a na jej podziękowania odpowiedział wyrażeniem poglądu, że dla niej gotów by był na wszystko i po prostu pojąć nie może, jak mogli znaleźć się tacy, którzy zdobyli się na zrobienie tylu łajdactw. Miał już zapisany adres pana Winklera i owej baby na Pańskiej. Do pana Winklera miał udać się nazajutrz rano, by z nim wyjaśnić sytuację i naradzić się co do dalszych losów Julki. Na Pańską natomiast postanowił pójść jeszcze dziś, bo dłużej by nie wytrzymał.

Julka zobaczyła go dopiero nazajutrz rano. Wyglądał okropnie. Cały był posiniaczony, na czole miał wielka szramę, zaklejoną plastrem, i obandażowaną rękę, ale był w świetnym humorze. Na jej przestrach i współczucie odpowiedział śmiechem oraz żartobliwym zapewnieniem, że miał wczoraj bardzo interesującą rozmowę z pewnym łysym panem i z pewną wytworną damą i że po paru miesiącach, gdy wspomnieni będą się czuli nieco zdrowsi, znowu im przypomni elementarne zasady gry salonowej, zwanej boksem.

Zaraz przy śniadaniu powiedział doktorowi Kunoki:

— Mam wrażenie, panie doktorze, że przez drzwi, które wyłamałem, weszło do mego życia takie coś, co ludzie nazywają szczęściem...

— Szczęście, panie Piotrze — uśmiechnął się Japończyk — woli wchodzić przez okno lub przez wyłamane drzwi niż drogą normalną, przez otwarte, lecz w takiż sposób lubi uciekać.

— Nie ode mnie, doktorze — ściągnął brwi Piotr — mam dość mocne łapy, do licha, by przytrzymać... A poza tym nie wiem, czy w ogóle zechce uciekać.

Kunoki, który bardziej znał się na hormonach niż na okulistyce, z wyglądu oczu Julki, gdy ją w kilka minut widział — żegnającą się z młodym człowiekiem w jej pokoju — wywnioskował, że w tym wypadku „takie coś” nie sprawiało wrażenia zamierzanej ucieczki.