Całe pierwsze i ostatnie piętro tej kamienicy zajmował „lokal” jego siostry Fieni, w sferach ulicznych szeroko znanej pod przezwiskiem Kupczychy. Jako że godzina była zbyt wczesna na „gości”, a wszystkie pensjonariuszki jeszcze się wysypiały, otworzyła sama Fienia, potężnych rozmiarów, niebrzydka jeszcze kobieta w papilotach i jaskrawozielonym szlafroku.
— Nu, nareszcie — powiedziała nieco zniecierpliwionym głosem.
— Oni są? — zapytał Załkind.
Nie odpowiedziała i tylko wzruszyła ramionami, jakby ją uraziło powątpiewanie w jej zdolności organizacyjne.
Nie zdejmując kapelusza i palta, przeciwnie, jeszcze bardziej podciągnąwszy kołnierz, wszedł za siostrą do małego, półciemnego i pełnego dymu z tanich papierosów pokoiku. Przy stole, nakrytym czerwoną, pluszową serwetą, i na dwóch rozbebeszonych łóżkach siedziało kilku mężczyzn, zajętych przyciszoną rozmową. Załkind burknął coś pod nosem i podał każdemu rękę. Jeden z drabów podsunął mu nogą krzesło i kiwnął na gospodynię.
— Daj no flachę, Kupczycha, i zagrychę, byle lepszą.
— Niech będzie — zgodził się Załkind.
— Musowo ma być, nie? Do takiego interesu? — zaśmiał się mały, ruchliwy Żydek w kącie.
— No, co jest? — zapytał Załkind barczystego i ponurego draba o kędzierzawej, zwichrzonej czuprynie, siedzącego dotychczas w milczeniu.
Kędzierzawy spojrzał nań z ukosa, splunął pomiędzy nogi i powiedział: